O MARIANNIE

Wspomnienie o Mariannie Maćkowiak

 

Marianna Maćkowiak z domu Dudek, niezwykła Bukówczanka urodzona 16 marca 1920 r. w Bukówcu Górnym, w domu na rozwidleniu ulic Sokołów i Wańskiego (pięknie odnowiony dom ciągle tam stoi).

 

Dudkowie mieli niewielkie gospodarstwo, na  którym cała rodzina zgodnie pracowała. Marianna wspominała: Od matki przejęliśmy miłość do ludzi, a od ojca miłość do ziemi. Miała ośmioro rodzeństwa, ale panująca wówczas błonica w ciągu tygodnia zabrała jej braci Nikodema i Leona oraz siostrę Pelagię. 

W Bukówcu ukończyła siedmioklasową szkołę powszechną. Uzdolniona muzycznie, rekomendowana przez nauczycieli, miała kontynuować naukę w szkole muzycznej w Poznaniu. Pomyślnie zdała do niej egzamin, jednak śmierć matki zmieniła dziewczęce plany. W wieku 14 lat Marianna musiała zająć się domem oraz młodszym rodzeństwem. 

Moje lata dziecinne to gorzkie wspomnienia: najpierw przeżyłam śmierć rodzeństwa, a potem, gdy miałam 14 lat, zmarła na skutek powikłań okołoporodowych moja matka i kolejny braciszek-noworodek . Musiałam przejąć wszystkie jej obowiązki i pożegnać się z młodzieńczymi marzeniami, aby dalej kontynuować naukę. Wówczas kierowniczka bukówieckiej szkoły, siostra Elżbieta Tymkowska powiedziała: ja dam Ci szkołę życia. Zaproponowała mi pracę sekretarki w przedwojennym Kole Włościanek, którego była przewodniczącą. Jestem jej także szczególnie wdzięczna za umiejętność gry na skrzypcach. To ona wcześniej  wypożyczała mi własny instrument i opłacała lekcje gry u nauczyciela Stanisława Mateckiego, późniejszego profesora muzyki w Poznaniu. 

Muzyka zawsze była jej pasją.  Przed wojną śpiewała w chórze św. Cecylii,  działała w zespole regionalnym Marii Polochówny,  z pasją grała na skrzypcach i mandolinie.

W 1939 roku miała 19 lat.  Co to znaczyło dla niej żyć ze świadomością, że jest wojna i wszystkie jej młodzieńcze zapały, plany, radość i miłość legły w gruzach – wyraziła wierszem:                               

            Bez nadziei wiodę moje życie,

Błędnym okiem patrzę w krwawą dal.

I me lata, kwiaty w swym rozkwicie,

Zwiędną ciche, pozostaje żal.

W roku 1941 wraz z rodziną została wywieziona  najpierw do Łodzi,  a następnie na  cztery lata na roboty przymusowe do Niemiec. Pracowali w gospodarstwie w Memleben w Saksonii . 

8 lipca 1945 r.  powrócili do Bukówca Górnego, gdzie zastali spustoszony dom i obory. Musieli zacząć wszystko od początku…. 

Przeżyte na obczyźnie lata wojny Marianna Maćkowiak  opisała w pamiętniku „Bukówiec moja mała Ojczyzna”, w latach 1977-78 drukowanym w odcinkach w gazecie Gromada Rolnik Polski, a w roku 1997 wydanym w formie książki. Pamiętnik drukowany w gazecie był czytany przez dziesiątki  tysięcy ludzi w całej Polsce, codziennie do domu przy Marcinka przychodziły liczne listy od miłośników pamiętnika. 

Lata powojenne to też kontynuacja wielkiej, muzycznej pasji Marianny. Umiłowanie do muzykowania odziedziczyłam po moim dziadku, Grzegorzu, słynnym na okolicę dudziarzu. We wrześniu 1945 r. razem z siostrą Polą zapisałyśmy się do zespołu amatorskiego „Szukamy Talentów”, założonego w Bukówcu przez Antoniego Kowola-Marcinka. Grałam też w  kapeli Leona Dudka na drugich skrzypcach i śpiewałam w chórze kościelnym, którego dyrygentem i kierownikiem był Józef Maćkowiak, za którego w dniu 12 lipca  roku 1949 wyszłam za mąż.

Z mężem wybudowali dom przy ulicy Marcinka, dom zawsze pełen muzyki  i śpiewu.  Odbywały się tam próby amatorskich zespołów artystycznych, w których działalność się angażowali. Bracia Józefa, którzy pracowali we Francji, kupili mu fisharmonię, na której z pasją muzykowała nie tylko cała rodzina (mieli czworo dzieci), ale też całe mnóstwo znajomych, również autorka tego wspomnienia. 

Wiele czasu  Marianna poświęciła pracy społecznej, pełniąc m.in. funkcję radnej wojewódzkiej, będąc opiekunem społecznym, sekretarzem i kronikarzem zarządu Koła Gospodyń Wiejskich, animatorem życia kulturalnego i uczestnikiem licznych zespołów artystycznych. Założyła i przez wiele lat prowadziła zespoły:  „Bukowianki”, „Siódemka”, „Złota jesień”. Pomagała w zakładaniu i prowadzeniu bukówieckich zespołów regionalnych, dorosłego i szkolnego, grając na skrzypcach wraz z dudziarzem Florianem Ratajczakiem, ucząc bukówieckich śpiewek i tańców.

Wielką jej pasją oprócz muzyki było pisarstwo. Z powodzeniem brała udział w niezliczonych konkursach organizowanych przez redakcje najróżniejszych czasopism, była też długoletnim korespondentem gazety Gromada Rolnik Polski. W roku 1995 redakcja lokalnego włoszakowickiego pisma Nasze Jutro wydała jej pracę „Kto wspomni o dziewczętach – sanitariuszkach z 1939 r.”, a rok później książkę „Droga do Lourdes”. Marianna Maćkowiak jest ponadto autorką wielu utworów okolicznościowych, pisanych z okazji różnych świąt czy jubileuszy. No i wydanej w roku 1999 w książki „Pieśni ludowe z Bukówca Górnego” – naszego śpiewnika Marianny.

Za swą długoletnią działalność Marianna Maćkowiak otrzymała wiele odznaczeń, m.in. Złoty Krzyż Zasługi, odznakę Zasłużony Działacz Kultury i Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. 

Dla Bukówczan była „panią Maćkowiakową”, koleżanką, sąsiadką… zawsze pełną inwencji, poczucia humoru, życzliwości. Rozsławiała Bukówiec w całej Polsce, dawała nam swoją twórczością przykład, że artystą, poetą, pisarzem, muzykiem można być wszędzie i niekoniecznie kończąc odpowiednie szkoły. Zostały książki, piosenki, wiersze i wdzięczna pamięć. 

Przez wiele lat, jako sąsiadka i koleżanka najmłodszej córki, bywałam u Maćkowiaków niemal codziennie. Nie mogło to pozostać bez wpływu na to co robię i kim jestem.

Zofia Dragan

Teksty kursywą pochodzą ze wspomnień spisanych przez Stefanię Karwatkę, dziennikarkę Naszego Jutra

TWÓRCZOŚĆ

PIOSENKI

POEZJA

Idzie wiosna
Zapukało marcowe słonko do okna
I rozłożyło na nim swoje ciepłe dłonie,
A przez otwarte okno wpadła pszczoła,
Brzęcząc ospale, lecz w miłym tonie.

A na pułapie nieba od zachodniej strony,
Słychać dzikich gęsi, gęganie radosne,
Wachlując skrzydłami w kluczu zespolonym,
Niosąc nam nadzieję, na wchodzącą wiosnę.

Już chór skowronków, nad polami śpiewa,
Pachnie oziminą, kret kopce buduje,
A w sadzie, miodowe pąki liść otwiera
I patrzy na słonko, jak wiosnę maluje.

Wyszedł i starzec na ławkę przed chatę,
Oczekując wiosny, po zimowym śnie
Obserwuje lot muszki, nad swoją kapotą,
Do słońca i do muszki, uśmiecha się.

I jakże dziś nie wyjść, na to spotkanie,
Z myślą ujętą w nadziei ramiona
I przyjąć z radością wiosny Zmartwychwstanie
Uwielbić Boga, – klęknąwszy na kolana.

Marianna Maćkowiak, Bukówiec Górny 2 marzec 1997 r.

 

Niebo się rozpłakało
Czarne skrzydło przysłoniło słońce,
Wiatr północny pchnął chmury ciężarne,
Bociany okryły zziębnięte pisklęta,
Bo któż je przykryje i kto je przygarnie.

Niebo się rozpłakało, wielkimi łzami,
Po licach płyną strumienie żałośnie,
Wody rwą nurtem, ulic korytami,
A poziom strachu, w popłoch ludzi rośnie!

A niebo płacze. Patrzy człek bezradnie,
Jak żywioł, niszczy ich nadziejei płody,
Wydziera ziemi, już dojrzałe kłosy,
Zalewa domy, sady i kwiatów ogrody.

Warczy groźnie rzeka i wały rozpiera,
Siła żywiołu, potrząsa człowiekiem,
Jak ziarnkiem piasku, co nurt w dal niesie,
A godziny tragedii, wydają się wiekiem.

Z dachów domów, słychać wołanie,
Ratujcie nas toniemy! – Budujcie zapory!
Tam nasz dobytek, cóż nam pozostanie…
Tu dom się wali, …a tam człowiek chory!

Woda zalewa miasta i rozsiane wioski,
Wchłania w swą paszczę ludzkie ofiary,
Pustoszy i niszczy, dorobek wielu pokoleń,
Cenne zabytki i bogactwo naszej kultury.

I tak dzień po dniu i w noc deszczową ciemną,
Wojsko, cywile idą jak do boju
Z narażeniem życia, ratując człowieka,
W tej klęsce powodzi, w niebywałym znoju.

Za ich poświęcenie nie starczy medali,
I nie ma wystarczających słów podzięki,
Tych Bohaterów jest bardzo dziś wiele,
Co walcząc z żywiołem, – przed Bogiem uklękli!

Litości o Boże, nad ludem strapionym
Usłysz skruszonych serc, to wołanie:
Od powietrzu, głodu, ognia i wojny,
Zachowaj nas i wybaw nas PANIE.
Marianna Maćkowiak, Bukówiec Górny, dn. 8 lipca 1997 r.

Odlot jaskółek
W lesie pachnie wrzosowym miodem i grzybami,
W polu dopalają się ogniska, dym ciągnie wstęgami
A wokół chłopskiej zagrody, jaskółek gromady,
Krążą niespokojnie, szukając miejsca narady.

Już nadszedł czas odlotu czas pożegnania,
Sposobi się jaskółcza rodzina, do obradowania,
Wiszą jak czarne nutki, na liniach telefonu,
I układają piosenkę pożegnalną, do ptasiego tronu.

Przez całe lato świergotały wokół chłopskiej zagrody,
Uwiły szczęścia gniazdko, nie robiąc nikomu szkody,
Chowały w nim pisklęta, co żółte dziubki otwierały,
I do tych dzióbków schwytane muszki wkładały.

Kiedy podrosły uczono je fruwać samodzielnie,.
Żeby silne zniosły daleką podróż dzielnie.
Wierne ptaszki chłopskich zagród wiele pracowały,
Krojąc nożycami dnie od nocy w chłód i upały.

Skrzydlaty stróżu, naszej spokojnej wsi,
Jaskółeczko droga! – Czyż nie żal od nas odlecieć ci?
Czyż nie żal ci zapachu pól o rannej porze?
Czyż nie żal ci twego małego gniazdka w oborze?

Czyż nie żal ci tych ludzi co z lubością słuchali ciebie
Gdy odpasali bydło, a tyś im świergotała, jak aniołek w niebie.
Smutno nam będzie, gdy odlecisz w dalekie strony,
A twoje ciepłe serduszko zastąpią, lody i szrony.

Tęsknota usiądzie w każdym kącie w oborze
I trudno się z losem pogodzić, że inaczej być nie może.
Lecz za nim odlecisz miła jaskółeczko, jeszcze Cię zapytam, –
– Czy wrócisz tu na wiosnę? – Czy cię jeszcze przywitam.

Marianna Maćkowiak, Bukówiec Górny 21 września 1997 r.

Ziemio bukówiecka
Ziemio bukówiecka, chłopska nie szlachecka,
Krojona miedzami, dzielona wiekami,
I
chlebem pachnąca, i roszona łzami,
Dla ciebie szli walczyć bracia i ojcowie,
D
la ciebie ginęli chłopi i panowie.

Tyś natchnieniem ducha i poezją życia,
Które w nas kiełkują już od powicia,
Z
awsze szczęście nasze twoje nosi imię,
I w kolorach wiosny, i w lecie i w zimie.

A gdy pług orze i warczą traktory,
Dajesz z macierzyństwa coroczne nam zbiory
I dajesz je tym, co cię ziemio sercem swym kochają
I z wielkim szacunkiem, bochen chleba krają.

Tradycja kultury ojców nie zginie,
Bo to skarb nasz drogi co od serca płynie.
Starzy przekazują tę miłość młodzieży,
Bo dla ciebie ziemio, tak czynić należy!
To żeśmy wyrośli, tutaj zostaniemy,
I w twoich objęciach na zawsze spoczniemy.

Marianna Maćkowiak

Zima
Cicha i wspaniała,
w białym welonie,
w soplach lodu cała,
w szarej mgle tonie.

Na nagich gałązkach,
Wróbelek świergoce,
Że słońce daleko,
Że długie są noce.

Lecz z górki za wioską,
Jest za to wesoło,
Zjeżdżają saneczki,
Śmiech, radość wokoło.

Bo zima choć chłodna,
Ma swoje uroki,
Jest sceną do zabaw,
Więc lubią ją dzieci.

Marianna Maćkowiak

PROZA - BUKÓWIEC MOJA MAŁA OJCZYZNA

Bukówiec moja mała ojczyzna

Fragment książki Marianny Dudek Maćkowiak

2 Wojna 1939-1945

Rok 1939 – wojna

Przyszedł maj. Zboże rosło jak żadnego roku. Zapowiadał się wielki urodzaj. Lecz oto 19 maja około godz.2000  zjawiły się na niebie ciemne chmury. Poczęły napływać z zachodu, szybko i groźnie przesuwając się ku nam. Powstał wielki szum przypominający warkot samolotów. Wszyscy uciekali do domów, każdy jak mógł najszybciej. I oto po chwili z nieba posypały się gradowe kulę. Szyby z okien zaczęły rozbijać się na szczątki. Grad przez okna walił do wnętrz domów. Było ciemno, pioruny leciały z nieba, a przy tym była straszna ulewa. Nie pamiętam, jak to długo trwało. Pamiętam jedynie, że wraz z siostrą klęczałyśmy przy obrazie Matki Boskiej i mówiłyśmy pacierze. Ojciec siedział nie opodal nas, zakrywając twarz rękoma. Raz po raz spadały dachówki. Wszystko to przypominało koniec świata.

Potem burza się uspokoiła, grad przestał walić, ulewa się skończyła. Wyjrzeliśmy na pole. Wierzyć się nie chciało, jak może świat się zmienić w przeciągu niespełna pół godziny! Podwórze pełne wody, w chlewach bydło po kolana w wodzie, drzewa ogołocone nie tylko z liści, ale i z gałęzi. Na polu zboże zbite na sieczkę, ziemniaki wymyte z ziemi, płynęła wraz z wodą z pola ku wiosce. Olbrzymie klony i lipy, które stały przy kościele, burza wyrwała z korzeniami. Na drugi dzień ludzie znajdowali na polach zabite ptactwo, zające, a nawet sarny. Chociaż rolnicy szybko wzięli się do pracy, posiali poplony, wszystko poszło na marne.

Parę miesięcy później wybuchła wojna. Młodych zaciągnięto do wojska, a wśród nich moich braci: Jana i Ludwika. Wioska nasza leżała blisko granicy, dlatego większość mężczyzn, obawiając się zaciągu do niemieckiej armii, uciekła w głąb kraju, pozostawiając żony i dzieci. Praca w polu leżała, tylko gdzie niegdzie pojawiały się stogi ze zbożem. A i te wycofujące się wojska polskiej służby granicznej paliły, by nic nie zostawić Niemcom. Niemcy jednak nie przyszli od granicy. Przyszli od strony naszego kraju. Wiedzieliśmy więc, że wszystko stracone i wojna przegrana.

Późną jesienią 1939 roku wrócili bracia uciekając z sowieckiej niewoli. Niestety Jan, na skutek wycieńczenia, zachorował na gruźlicę i zmarł 9 lutego 1941roku.

Maiłam taki piękny mundurek Czerwonego Krzyża, w którym bardzo lubiłam chodzić. Musiałam go zniszczyć, pozostawiłam sobie tylko pas. Jakież to straszne mieć 19 lat i żyć z okrutnym słowem wojna, niszczącym wszystkie młodzieńcze zapały, plany, radość, miłość, błogi spokój i szczęście rodzinne. Wyrazić to potrafię jedynie wierszem:

Bez nadziei wiodę moje życie,
Błędnym okiem patrzę w krwawą dal

I me lata, kwiaty w swym rozkwicie 

Zwiędną ciche, pozostaje żal.

Pozostała rozpacz, rozpacz do obłędu. Ojciec mój, pomimo wszystko, nie stracił wiary. Pocieszał nas, jak mógł. Żył nadzieją, która nie opuściła go do końca wojny. Jako stary marynarz znał życie, wielki świat i nigdy nie wierzył w zwycięstwo Niemiec. Przed nami stało widmo wywłaszczenia. Ludzie pocieszali się wzajemnie. Ci, którzy próbowali przeciwstawić się niemieckim najeźdźcom, ginęli z rąk okupanta. Tak zginęli: Pawłowski, Kurpisz, Konieczny i inni. Za najmniejsze przewinienie bito i rozstrzeliwano. Najgorsi byli jednak dla nas Volksdeutsche i koloniści.

Pamiętam, pewnego dnia, ojciec wraz z bratem siał łubin pod lasem. Przejeżdżał tamtędy właśnie młody Ganty w mundurze SS. Ojciec, odwrócony tyłem, zrazu go nie spostrzegł i nie zdjął przed nim czapki. Rozwścieczony Ganty pchnął ojca tak silnie, że ten runął nieprzytomny. Widząc to mój brat zaczął uciekać do lasu, a ten za nim. Ale oto Niemiec zawadził nogą o wystający korzeń sosny i zwalił się na ziemię strasznie się kalecząc. W międzyczasie brat był już daleko. A kiedy wracał, uśmiechnął się do ojca. Pewnie pomyślał, że to kara Boża. Jak później dowiedzieliśmy się, SS Ganty zginął na froncie w Rosji.

    2.2. Wysiedlenie

Od dłuższego czasu spaliśmy niespokojnie, bo codziennie dochodziły do nas wieści o nowych wysiedleniach. Od nas, z Bukówca, wysiedlano już 2 stolarzy. Na ich miejsce osadzono Niemców. Wywłaszczono też oberżystę, a na jego miejsce przyszedł Niemiec Fitzner z rodziną i objął urząd Burgermeistra. Dotychczas w całej naszej wiosce mieszkali tylko Polacy, pomimo, że byliśmy zaledwie 9 km od granicy niemieckiej. Ale teraz coś zaczęło się zmieniać. Któregoś wieczoru przyszedł Fitzner do naszego ojca i namawiał go, aby wpisał się na listę Volksdeutschów, bo inaczej będzie wysiedlony. Ojciec jednak nie zgodził się i powiedział, że Niemcy jeszcze wojny nie wygrali, a on przecież jest Polakiem.

W grudniu 1940 roku wysiedlono ze wsi 4 rodziny. Między nimi była też moja koleżanka, Zdzisia Bortel. Pamiętam, jak zapłakana siedziała z rodzicami na wozie. Było na nim trochę łaszków, które Niemcy pozwolili zabrać ze sobą. Podeszłam do niej, uścisnęłyśmy się mocno i dałyśmy słowo, że nie zapomnimy o sobie. Powiedziałam jej jeszcze, że  nas chyba niedługo też wywiozą. Płakałyśmy razem, aż jeden z SA-manów odpędził mnie od wozu. Zdzisia odjechała.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Bez przerwy czekaliśmy, kiedy nas wywłaszczą. Robota leżała, zabrano nam krowę, zabrano konia. Gospodarka szła coraz gorzej. A tymczasem dochodziły do nas wieści o nowych masowych wysiedleniach. Aż wreszcie przyszedł dzień 19 czerwca 1941roku. Poprzedniego długo podsypywaliśmy buraki jakimiś środkami trującymi, gdyż na młodych liściach pojawiły się czarne robaki i zjadały je. Była to bardzo ciężka praca, trzeba było się cały czas zginać i wtedy brat Ludwik, aby nas pocieszyć, zażartował:
– Jeszcze tego brakuje, aby nas jutro wywłaszczyli.
O godzinie 5 00 rano ktoś zastukał gwałtownie kijem w szybę. Zerwaliśmy się wszyscy z łóżek, pobiegliśmy do okna. A na podwórzu był widok niesamowity

Oto nasz sąsiad, w podeszłym wieku, siny, obok niego żona i młodszy syn z tobołkami na plecach. Widzieliśmy ich wzrok skierowany ku naszym oknom, jakby chcieli powiedzieć „do widzenia”. Sąsiad zawołał, puknąwszy jeszcze raz laską w szybę:
– Nikodem, bo my już idziemy.

Dwóch hitlerowców w żółtych mundurach SA nagliło ich do odejścia. Staliśmy w osłupieniu. A więc to już dzisiaj… Wyszliśmy za odchodzącymi na ulicę. Brat podbiegł do drugiego sąsiada, aby mu oznajmić tę smutną nowinę, ale i jego już nie było. Po podwórzu kręcili się hitlerowcy. 

Ojciec westchnął:

– Wiecie dzieci, że aż mi nijak, że sąsiadów wzięli, a mnie zostawili.

Po śniadaniu poszłyśmy z siostrą doić krowę, a ojciec do cioci zobaczyć, czy ona jeszcze na miejscu. Dochodziła godzina 700 rano. Szłyśmy od doju z wiadrami, a wtem otworzyła się furtka od naszego podwórza i weszło dwóch SA-manów. Pytają o numer:

– 240. Zgadza się – przytaknął jeden – to numer na liście wywłaszczonych. 

– Pierzyn nie zabierać – powiedział drugi.

Poszłam z bratem pakować nasze łaszki, a siostra z kilkoma Niemcami szukać ojca. Nie trwało długo i wrócili wszyscy. Ojciec był blady, bardzo zdenerwowany, wszystko mu z rąk leciało. Ale milczał nawet wtedy, kiedy dali mu do podpisania akt dobrowolnego zrzeczenia się swego gospodarstwa. Musiało to ojca drogo kosztować. Jednym podpisem wyrzekał się własnego domu, który nie tak dawno z mamą zbudowali. Włożył w niego cały swój trud, począwszy od ciężkiej pracy w kopalni węgla w Westfalii, gdzie był jako 16-letni chłopiec, poprzez tułaczkę po świecie i wojnę światowej.

Ojciec szukał czegoś w szafie, wyjął z niej jeden z dwóch albumów z lat młodości, pełen zdjęć kolegów i znajomych. Było w nim wiele pięknych widoków ze Skandynawii, Nowego Jorku, Belgi, Francji, gdzie miał okazję być jeszcze jako marynarz wcielony do pruskiej armii. Wsunąwszy album do worka kazał nam zapakować również nasze rzeczy. Wzięliśmy lepsze ubrania, chleb, trochę słoniny i smalcu. Mieliśmy na to pół godziny czasu. Jeszcze nie wszystko było spakowane, a już jeden z SA-manów wypędzał nas do największego pokoju, gdzie 7 lat temu leżała nasza mama z małym dzieciątkiem na ręce. Pomyślałam wtedy: Dobrze, że naszej mamy nie ma wśród nas, że Bóg oszczędził jej tego strasznego widoku.

Ojciec przez chwilę patrzył na nas, zastraszone wróble, a potem spokojnym głosem w języku niemieckim odezwał się do Niemców:

– Wybaczcie panowie, ale zanim opuszczę swój dom, pozwólcie mi zmówić pacierz razem z dziećmi przed tym ołtarzem.

Spojrzeliśmy na nich, kiwnęli głowami na znak zgody. Być może na dnie ich serc znalazło się trochę ludzkiego uczucia, a może byli katolikami, jak my. 

Uklękliśmy i ojciec zaczął:

– Ojcze nasz… 

– Ojcze nasz… – powtórzyliśmy za nim.

Potem zmówiliśmy „Zdrowaś Mario”, na zakończenie ojciec zaintonował pieśń, którą zwykle śpiewał, gdy miał jakieś zmartwienie:

Serdeczna Matko, opiekunko ludzi

Niech cię płacz sierot do litości wzbudzi,

Wygnańcy Ewy do ciebie wołamy 

Zlituj się zlituj, nich się nie tułamy.

 

Ostatnie słowa nie chciały przejść nam przez gardło. Łykaliśmy gorzkie łzy, których smak czuje do dziś.

Zarzuciliśmy nasze tobołki na plecy, w drugiej ręce ściskałam mandolinę, która była ulubienicą moich wieczorów i wyrazicielką skrytych panieńskich marzeń.

Ojciec wyszedł pierwszy, my za nim. Przeszliśmy przez werandę, gdzie za małym zielonym płocikiem stało mnóstwo doniczek z kwiatkami. Codziennie je podlewałam, potrafiłam też z nimi rozmawiać. Przez łzy widziałam, że było ich jakby więcej, większych i czerwieńszych. Pod nimi ogrodowa ławka, miejsce odpoczynku i świadek naszych wieczornych pogwarek.
Wychodziliśmy jak za pogrzebem. Przed trzema miesiącami wynoszono tędy trumnę z moim najstarszym bratem, a dziś kogo ? – Dziś wynosiliśmy wszystkie wspomnienia, które nas z tym domem łączyły, naszą dziecięcą radość i łzy, które piekły jak ogień. Wynosiliśmy nadzieję, która szeptała nam cicho, że jeszcze tutaj wrócimy. Ta nadzieja to drogowskaz wygnańca i czy dobrze, czy źle, poszliśmy w ślad za nią

Szliśmy. Widziałam drzwi od chlewa szeroko rozwarte. Moja Bestrula patrzyła zdziwiona na nas. Nie wytrzymałam. Pobiegłam do niej, aby się pożegnać. Sama ją pasałam, sama koło niej zaganiałam  – musiałam przecież jej powiedzieć, że nigdy więcej nie wypędzę na pole, że się chyba już nie zobaczymy. Nie wiem, czy zwierzęta potrafią tak czuć jak człowiek, czy dociera do nich ludzka mowa. Widziałam tylko, że z jej dużych czarnych ślepi popłynęły łzy. Było mi jej bardzo żal. Prowadziłam ją zawsze w przodzie przed resztą krów, była najsilniejsza i najrozsądniejsza. To nasze pożegnanie było straszne. Chciałam być przy niej jak najdłużej. Niestety, musieliśmy już iść. Wzięłam węzełek i podążyłam za resztą. Gdy doszliśmy do krzywych bzów powiedziałam siostrze:

  Popatrz jeszcze raz i zapamiętaj nasz dom.

Prowadzący SA-man skierował nas w stronę cmentarza. Po prawej i lewej stronie ciche mogiły, między nimi świerzy grób brata, dalej, po prawej, grobowiec mamy. Nie wiem, kto był szczęśliwszy: czy ci, co spali snem wiecznym w tej ziemi, czy my.

Na dziedzińcu kościelnym napotkaliśmy wielkie skupisko wywłaszczonych mieszkańców naszej wsi – 76 rodzin. Przeważnie rolnicy, bezrolnych niewielu. Byli to nie ci sami ludzie, których znałam. Dziś równi wszyscy. Przed nimi leżały małe tobołki, ich majątek. Twarze głęboko zafrasowane. Tylko młodzi uśmiechali się do siebie opowiadając, jak przeżyli dzisiejszą noc. Nie potrafili pojąć strasznej sytuacji. Starzy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, co ich czeka. Gdy doszliśmy do grupy, przywitano nas gromkim: Wy też?

Byliśmy bowiem ostatnią rodziną, którą tutaj przyprowadzono. I tak znów znaleźliśmy się wśród swoich. Było nam jakby trochę raźniej.

Wśród zgromadzonych zobaczyłam ciocię Franciszkę, siostrę mojego ojca. Stała razem z mężem. Byli to ludzie biedni, utrzymywali się z lichej renty. Poza glinianym domkiem  i małym ogródkiem nie mieli nic, nawet dzieci. Zostali wywłaszczeni pod zarzutem, że przechowują rzeczy zamożnych rodzin, którym grozi wywłaszczenie. Gdy mama zmarła, właśnie ciotka nam ją zastępowała. Nie było dnia, żeby do nas nie przyszła i nie przyniosła jakiejś ciekawej, pocieszającej, wiadomości ze świata. Nie wiem, skąd je czerpała, ale wiem, że była u nas mile widzianym gościem. Jej mąż, wuj Szymon, był całkiem głuchy, ale ciotka dobrze się z nim porozumiewała na migi. Biedni, ale szczęśliwi żyli w swoim domku. Dziś byli nie do poznania. Ciotka okropnie zapłakana , przez łzy wybąkiwała, że pierzyny nie pozwolili im zabrać, tylko kożuch. Wuj Szymon, wsparty na lasce, mówił to samo.

Tu właśnie, w tym skupisku, dowiedzieliśmy się rzeczy strasznych. Otóż znany mam gospodarz, Leon Przezbórski, człowiek w podeszłym wieku, kiedy hitlerowcy kazali mu opuścić dom, wszedł na próg i powiedział:

– Ja na stare lata mam iść z domu precz…- i padł.

Serce nie wytrzymało! Pogrzebem zajęli się inni mieszkańcy, bo syn musiał odejść.

Drugi wypadek był podobny. Wieczorem zmarł Franciszek Furman. O godz.500 wywłaszczono jego córkę i zięcia. Nie pomogły błagania i prośby, pozostał dom z nieboszczykiem, a pogrzebem musieli zająć się obcy.

Nagle zamilkły wszystkie rozmowy, bo oto nadjechały autobusy. Żółci dali znak, że czas wsiadać. Wszyscy chwycili swoje manatki, załadowali się w autobusy, żeby wyjechać. Wyjechać – wielu na zawsze.

Przyszła kolej na nas. Wsiedliśmy i patrzyliśmy oknem na znikające, znane nam, domy. Wzdłuż drogi wiodącej przez wieś widać było znajomych bukówczan, którym kazano na razie zostać. Na miejsce wywłaszczonych, jeszcze tego samego dnia, przyszli Baltendeutsche ze wschodu. W niedługim czasie kościół zamknięto, a proboszcza przeniesiono do innej wioski, gdyż Niemcy byli wyznania protestanckiego.

Autobus zatrzymał się dopiero w Lesznie przy strzelnicy. Wysiedliśmy na polu ćwiczni miejskiej (dziś w pobliżu wiaduktu im. gen. Grota- Roweckiego). Tu spotkaliśmy takich jak my, setki Polaków. Prawdziwy obóz wysiedleńców. Jedni rozłożywszy swoje tobołki posiadali, inni krążyli jak błędni po placu, inni – spotkawszy  znajomych- opowiadali o tej strasznej nocy. Pod salą gimnastyczną siedział stary chłop i wygrywał na małej harmoszce skoczne oberki, a obok młoda dziewczyna wtórowała mu piskliwie na skrzypcach. Wysiedlenie nie przeszkadzało im w uprawianiu umiłowanego zawodu. Uśmiechnęliśmy się na ten widok. Ścisnęłam mocniej moją mandolinę, ale do muzyki nie było mi skoro.

Tymczasem wewnątrz gmachu rejestrowano po kolei każdą rodzinę. Byliśmy znowu ostatni w rejestrze. Za stołem siedziało kilku oficerów niemieckich i cywilów. Mówili po polsku opryskliwie. Po zarejestrowaniu nas powiedzieli, że pojedziemy transportem do Łodzi  o godz. 2100. Potem jeden z oficerów wstał i kazał nam iść za sobą. Na narożniku placu kazał nam stanąć w szeregu pod drewnianym płotem. Patrzyliśmy po sobie, czy aby nie chce nas rozstrzelać, bo przecież w tym czasie nie było to rzadkością. Odetchnęliśmy z ulgą gdy,Niemiec zamiast pistoletu wyciągnął mały aparat fotograficzny i kazał nam zrobić przyjemny wyraz twarzy. Nikt nie był skory do uśmiechu. Pstryknął każdego po kolei, a potem wszystkich razem: ojca, brata, mnie i młodszą siostrę. Gdy skończył kazał nam się rozejść. 

Na placu panował wielki ruch. Stworzyły się 3 obozy. Z pierwszego wszyscy poszli do łaźni. Razem dzieci i rodzice. Miało to być odwszawianie Polaków. Rodziny te w godzinach popołudniowych wyjeżdżały na przymusowe roboty do Niemiec. W tym właśnie transporcie większość bukówczan znalazła swoje miejsce

Do drugiej grupy należało niewiele rodzin, przeważnie ludzie starzy, niezdolni do pracy fizycznej. Wśród nich rozpoznałam naszą kochaną ciotkę  z wujkiem Szymonem. Ciężkie było pożegnanie! Teraz wiem, że widziałam ciotkę po raz ostatni. Umarła po dwóch latach. Wszystkich tych ludzi umieszczono u bogatszych gospodarzy z tym, że musieli oni ich utrzymywać. Silniejsi trochę sobie dorabiali.

Do grupy trzeciej należeliśmy my i 10 rodzin z naszej wioski Nie wiadomo czym kierowali się Niemcy przydzielając nas do tych, którzy transportem mieli jechać do Łodzi. Przyjęliśmy tę wiadomość z niepokojem, gdyż słyszeliśmy o ciężkich lagrach, które na nas czekają.

Wieczorem, o 2030, ustawieni w kolumnie poprowadzeni zostaliśmy ulicami Leszna na dworzec. Eskortowali nas gestapowcy w czarnych mundurach z karabinami na ramionach. Nikomu nie było wolno nam się przyglądać. Na czele kolumny szła rodzina Polochów z naszej wsi. Przy ulicy Dworcowej stał ich syn, który pracował w Lesznie. Na widok rodziców i małego rodzeństwa wybuchnął płaczem Pamiętam jak pani Polochowa krzyknęła z szeregu:

– Nie płacz chłopcze, mu tutaj wrócimy!

Słysząc to jeden z SS-manów doskoczył do niej  i wściekle rycząc zaczął wymachiwać kolbą nad jej głową. Zrozumiałam tylko po niemiecku „Du Polnisches Schwein”. Nie wróżyło to nic dobrego.

2. 3. Transport do Łodzi

Wsadzono nas do pociągu osobowego. Ciężka to była droga, w naszym przedziale nikt nie spał. Jedni milczeli myśląc o porzuconej zagrodzie, inni robili sobie wymówki, że mogło się to  i tamto jeszcze zrobić, gdyby się wiedziało.

Czerwcowa noc jest krótka. Już minął ten pechowy 19 i zaczął się 20. Świtało wcześnie. Za oknami wagonów nieznane pola, wsie i miasta jeszcze śpiące. Około godziny 600 zobaczyliśmy kontury Łodzi spoglądaliśmy ciekawie na sine miasto i na las fabrycznych kominów. Po raz pierwszy w życiu widziałam panoramę Łodzi- rozległą, wielką, w kłębach dymów. Wysiedliśmy na dworcu towarowym, gdzie stały stogi słomy. Wszyscy pousiadali pod nimi zmęczeni nieprzespaną nocą.

Po długim oczekiwaniu nadjechały autobusy i powieziono nas przez miasto na Doły. Autobus wjechał przez wielką bramę i zatrzymał się z prawej strony. Zabrawszy swoje tobołki, wyszliśmy  na wielki dziedziniec. Nie opodal stał duży piętrowy budynek, a w jego oknach było pełno ludzi. Przydzielono nam bardzo oryginalne pomieszczenie- kaplicę zakonną, naturalnie odartą ze wszystkich świętości. 

W zakrystii tej kaplicy dezynfekowali nasze rzeczy, a nawet używana była jako magazyn. Tu kazano nam zostawić wszystko, co mamy i poprowadzono do wielkiego klasztoru. Pierwszy Polak, który nas spotkał, zapytał o żywność. Powiedział jeszcze, że skoro  mamy żywność, możemy się pożegnać. Całą naszą rodzinę przydzielono do jednego pokoju częściowo zajętego przez innych wysiedleńców. Tutaj dopiero dowiedzieliśmy się całej prawdy.

Wszyscy wysiedleńcy, którzy zostali umieszczeni na Dołach, przez 3 dni poddawani byli najrozmaitszym badaniom. Był to lagier rasowców. Doszukiwano się u Polaków krwi niemieckiej. Włosy blond i niebieskie oczy były dowodem, że ich właściciele wywodzą się od pradziadów Niemców.

Od samego rana paradowaliśmy od stołu do stołu, naturalnie w adamowym stroju, przed komisjami lekarskimi składającymi się z wojskowych i cywilów, mężczyzn i kobiet. Wypytywano o najmniejsze szczegóły rodowodu i pochodzenie, zahaczano o dziadów i pradziadów, przebyte choroby, stan rodzinny, wykształcenie, zawód.

Jedzenie tutaj dostawaliśmy dobre, jak na czasy wojenne nawet bardzo dobre. Rano- chleb z masłem i marmeladą, słodka kawa. W południe- obiad z porcją mięsa i zupą, wieczorem zaś chleb z kiełbasą lub inną wędliną, herbata lub zupa.

Ci, których nie przesłuchiwano, zapędzani byli do pracy w ogrodzie lub porządkowania dziedzińca. Można było sobie w tym czasie pogwarzyć i poplotkować, młodzi potrafili nawet nawiązać nowe znajomości.

Pamiętam, było to trzeciego  dnia rano. Na dziedzińcu klasztornym zgromadzono z naszego lagru kilkadziesiąt rodzin. Na podwyższeniu stał niemiecki oficer i począł przemawiać do nich po polsku. Słuchaliśmy jego mowy przy otwartym oknie. Z lubością wyrażał się ów Niemiec, że zebrani Polacy bardzo przybliżeni są do Niemców, gdyż odkryto w nich germańską krew. Nie mają się czego obawiać: pojadą transportem do Rzeszy na roboty. Traktowani będą jak obywatele niemieccy. Karty żywnościowe otrzymają takie same jak Niemcy i będzie im wolno korzystać ze wszystkich rozrywek kulturalnych. Otoczeni będą opieką i przyjaźnią. Na zakończenie powiedział, że powinni być z tego dumni i cieszyć się, że przyjęci zostali do razy germańskiej. A potem wyjął rewolwer z pochwy i strzelił w niebo, aż wszyscy zadrżeli, a echo wystrzału poleciało po Dołach.

Ludzie stali stłoczeni i wystraszeni jak błędne owce. Nie trwało długo, chyba 5 minut, gdy wjechały w wielką bramę autobusy. Oficer dał znak do wsiadania. Ludzie ze strachu tłoczyli się przy wejściu, po chwili plac był pusty. Tylko z okien znajomi kiwali rękoma za odjeżdżającymi na pożegnanie. A więc tak załatwiono się z rasowcami, z ludźmi mającymi niby niemiecką krew. Odeszliśmy od okien zmartwieni. Nie wiem, dlaczego ów oficer w swej przemowie nie powiedział, że zostaną im zwrócone ziemie. Ich wygnanie było gorsze niż nasze.

W ten sposób lagier częściowo opustoszał. Wieczorami słychać było w pokojach monotonnie odmawiany różaniec i ciche śpiewanie nabożnych pieśni, w których łatwo było znaleźć ukojenie i spokój. Wszyscy byli tutaj równi, wszyscy mówili sobie na ty, jakby znali się od dawna.

2.4. Przerzucenie do drugiego lagru na ul. Łąkową 3

Piątego dnia rano wszedł do naszego pokoju gruby salowy ( mówiono, że był to jakiś sędzia) i pytał w progu o nasze nazwiska. Kiedy ojciec powiedział je, oznajmił, że mamy szykować się do wyjazdu. Z naszego pokoju tylko my. Pożegnaliśmy się ze współlokatorami. 

Na dziedzińcu stały już 3 rodziny. Tym razem nie było niemieckiego oficera, ale jakiś cywil. Zaprowadził nas do kaplicy po nasze manatki, które po długim szukaniu znaleźliśmy. Wyszliśmy stamtąd z bardzo złym przeczuciem. Co oni z nami teraz zrobią, gdzie powiozą?

Przed bramą stało ciężarowe auto okryte płachtą. Dodam jeszcze, że w tej grupie byliśmy jedyną rodziną z Bukówca. Między naszymi znajomymi ze wsi szybko obiegła wiadomość, że nas wywożą, toteż przybiegli się pożegnać. Wszyscy płakali i myśleli, że to już koniec, że więcej się nie zobaczymy. Jedno tylko wiedzieliśmy, że nie wywożą nas jako rasowców, ale Polaków. A więc czeka nas coś jeszcze gorszego.

Siedzieliśmy, milcząc, na naszych tobołkach. To, co mieliśmy w nich do jedzenia, Niemcy zabrali. Nie było widać, dokąd nas wiozą. Gdy samochód stanął, cywil kazał nam wysiąść, okazało się, że daleko nas nie wywieźli. Łódź, ulica Łąkowa. Przy bramie stał wartownik – policjant niemiecki z bronią. Miał bardzo szyderczą minę. Weszliśmy na podwórze. Dom do którego nas prowadzono, przypominał, sądząc po oknach, starą fabrykę. Na parterze znajdowało się małe biuro, gdzie za stołem siedziało dwóch młodych ludzi. I tu musieliśmy się  zarejestrować . Po ich sposobie odnoszenia się do nas od razu domyśliliśmy się, że mamy do czynienia z Volksdeutschami. Znaliśmy tych ludzi dobrze z początków wojny. Nie było wolno nam się odzywać, a i westchnąć zabronili. Mówili dobrze po polsku, język niemiecki nie był im też obcy. Po paru przykrych słowach wskazano nam salę, która miała być naszym pomieszczeniem. 

Z podwórza na piętro prowadziły żelazne schody, wąskie jak drabina do kurnika. Nie było łatwo  przejść po nich  tobołkami. Brat szedł pierwszy, jako najsilniejszy. Lecz o dziwo, schody się skończyły, a drzwi nie ma. Jest tylko duże okno fabryczne z małymi szybkami. Jedna jego część była otwarta i  nagle zaczęły do nas dochodzić piski, żywy gwar, rozmowy jak w ulu. Po kolei wcisnęliśmy się przez okno i zeskoczyliśmy do wielkiej sali.

Widok tu wprost nie do wiary.

Na rozłożonych papierach, w długich rzędach siedziały lub leżały rozgadane dziewczyny. Było ich chyba około 200. Jedne zaciągały się głęboko dymem papierosów, inne popijały wino z butelki, jeszcze inne zajadały coś, a były i takie, które śpiewały jak gdyby nigdy nic… były też drugie, które płakały i rozpaczały, albo bardzo znużone spały. Dla mnie, mieszkanki ze wsi, było to wszystko szokujące. Dowiedziałam się potem, że te dziewczyny z Łodzi, połapane znienacka na ulicach miasta przez hitlerowców, spędzono tutaj do lagra, w jednej sukience, tak jak stały, nawet rodzice o tym nie wiedzieli. Nie wolno im było nic podawać , ani żadnego listu. Skąd miały wino i papierosy, tego nie wiem.

Ledwo weszliśmy do sali, od razu zwróciły się na nas oczy. Potem posypały się pytania: skąd jesteśmy, po co przyjechaliśmy itp. Lecz oto w sali obok zaczęły nadchodzić na powitanie nowych towarzyszy niedoli kobiety z dziećmi na ręku i mężczyźni. Ku naszej radości byli wśród nich nasi znajomi, rolnicy, którzy zostali wywłaszczeni z sąsiedniej wsi w ubiegłym roku. Oni pierwsi nas poznali. Przygnębiający był widok rodziny Sierackich z Jezierzyc. Oni oboje i dwoje dzieci nie mieli w ogóle włosów na głowie. Wyglądali bardzo źle. Dzieci szczupłe, blade, jak rośliny hodowane w cieniu. Uściskaliśmy się serdecznie i jakoś lżej nam się wszystkim zrobiło. Opowiadali nam, że przechodzili okropny tyfus i przez to powypadały im włosy. Sieracki wychodził codziennie z trzema Polakami na miasto do pracy.
      Salowy przeprowadził nas przez mały pokój, gdzie znajdowały się 4 rodziny, w tym i Sieraccy. Łóżka piętrowe, na nich sienniki i koce. Wyglądało to wszystko dosyć porządnie i czysto, widać było, że od dawna tutaj mieszkają i zdążyli się już zagospodarować.
      Z kolei przeprowadzono nas na salę nieco mniejszą niż tamte. Były w niej 2 drewniane piętrowe łóżka w narożnikach. Łóżko po prawej stronie zajmował salowy wraz z żoną i dwojgiem dzieci. Na drugim nie było nikogo, leżała tylko kołdra. Kazano nam się  tutaj rozgościć. Owo posłanie wyglądało bardzo podejrzanie. Widać było, że jeśli komukolwiek było przydzielane, nikt z niego nie korzystał. Roiło się tam od wszy i pluskiew.
      Postawiliśmy nasze tobołki na środku sali, usiedliśmy na nich i rozglądaliśmy się, gdzie właściwie jesteśmy. W oknach nie było wszystkich szyb, ale zimna nie było powodu się obawiać, był upalny czerwiec. Najmłodsza moja siostra, Pola, wyglądała na chorą. Sądziliśmy, że z przejęcia się tym wszystkim. Usłaliśmy z naszej odzieży posłanie na podłodze, żeby mogła położyć się i wypocząć. Ojciec zaczął rozmawiać z innymi o tym, jak długo tutaj będą nas przetrzymywać.
      W południe salowy przyniósł w kanie od mleka obiad. Sam najpierw wyłowił kilka większych kartofli z zupy kartoflanej, potem ponalewał nam kolejno i rozdał po kawałku chleba na kolację i po paczce sztucznego miodu. Jeszcze dzisiaj, kiedy widzę sztuczny miód w paczce, czuję jego przykry smak.
      Wieczór mieliśmy nieprzyjemny. Leżący obok nas starzec dostał ataku serca. Po raz pierwszy widziałem tak cierpiącego człowieka. Gdy atak minął wyglądał blado, był słaby i nie potrafił nic powiedzieć.
      Ledwieśmy znowu zasnęli na naszych twardych posłaniach (tylko podłogowe deski i kawałki rozłożonego papieru, pod głową części garderoby zastępowały poduszki), gdy nagle rozległ się straszny huk. Siostra z krzykiem objęła mnie rękoma. Po chwili znowu błysk i potworny huk. Za oknem na dobre szalała burza. Wszyscy na sali zaczęli klękać i ze złożonymi rękoma modlić się do Wszechmocnego Boga. Do rana burza ucichła i dopiero wtedy zasnęliśmy ponownie.
      Po przebudzeniu się spojrzałam, kto zajmuje łóżko w kącie z prawej strony, gdyż widziałam, jak w czasie burzy leżał tam jakiś człowiek twardo śpiąc. Ruszył się właśnie, usiadł, spojrzał na nas i trochę drwiąco powiedział: Dzień dobry. Wstał, ubrał się. Był średniego wzrostu, lat około 55, jego wyniszczone ubranie wskazywało na to, że jest robotnikiem. Zjadł trochę suchego chleba, a potem rzucił kilka dowcipnych zdań w stronę swego towarzysza z docinkiem Heil Hitler. Wyszedł. Jak później dowiedzieliśmy się, był Żydem z getta łódzkiego, murarzem, i codziennie z kilkoma Polakami wychodził na miasto do pracy. 

      Wnet wszyscy byli na nogach. Do umywalki trzeba było schodzić w dół. Śniadanie było skromne: czarna kawa i do tego chleb z miodem. Panienki z wielkiej sali kończyły swoje fryzurki. Jedna przyszła się czesać do naszego okna. Położyła na parapecie papier, pochyliła się nad nim i zaczęła grzebieniem sczesywać swoje białe loki. Zaciekawiło mnie, po co papier? Popatrzyłam przez jej ramię i zobaczyłam, że na papierze aż roiło się od wszy. Ogarnął mnie niepokój. Wydawało mi się, że i ja mam pełno tego robactwa we włosach i że jak tak dalej będzie, to ono nas zje. Kiedy się jednak bliżej tym panienkom przypatrzyłam, zauważyłam, że nie przejmują się one tym zbytnio i wyglądało na to, że zawszawione przyszły tutaj już z domu.
      Przechodząc raz przez salę spostrzegłam pośród tej młodej gawiedzi osobę, która zwróciła moją szczególną uwagę. Była głęboko zamyślona. Miała duże niebieskie oczy i długie czarne włosy. Nie była to twarz przeciętnej kobiety, wyróżniała się spośród innych pięknością, inteligencją. Traf chciał, że spotkałam się z nią w umywalni. Zapytała mnie, skąd jestem i jak się tutaj dostałam. Byłam rada z tego spotkania, toteż jak najgrzeczniej odpowiedziałam na wszystkie pytania. Wyczułam, że interesuje się mną. Kiedy zaproponowała spotkanie wieczorem, bardzo się ucieszyłam. Nie mogłam doczekać się tego wieczoru, a tutaj dopiero obiad – kasza z wodą. Tak, kartoflanka była smaczniejsza. Brat Ludwik poleciał do kuchni pokręcić się koło kucharza, zawsze coś tam skapnie lepszego. Siostra czułą się lepiej, ale nadal była blada. Ojciec chodził z kąta w kąt, lubił zawsze fajkę, a tu jak na złość nie miał nic do palenia. Takie bezczynne siedzenie doprowadzało nas, ludzi przywykłych do pracy, niemal do obłędu.
      Nadszedł wieczór. Gdy przyszłam na umówione miejsce, zastałam moją koleżankę z książką w ręku. Ujrzawszy mnie zamknęła  ją i uśmiechnęła się, jak do starej znajomej. Była ubrana zawsze tak samo, w czarną suknię z małym kołnierzykiem, zapinanym pod szyją. Na nogach miała płócienne papucie. Dowiedziałam się, że nazywa się Maria Pińska, ma 37 lat i jest z zawodu nauczycielką. Mieszka w Łodzi, dzielnicy Chojny, jest mężatką i matką 11-letniej córeczki. Do lagru dostała się po raz drugi za zły stosunek do niemieckiego oficera, który mieszkał w jej domu. W rozmowie stale wracała do swego dziecka i męża. Martwiła się o nich. Współczułam jej bardzo i tym więcej ją polubiłam, nic jednak pomóc nie mogłam. W tej serdecznej atmosferze minął wieczór.
      Kiedy wróciliśmy na salę, zastałyśmy niemały rwetes. Jedna z panienek dostała ataku i wszyscy patrzeli na nią bezradnie, ona zaś wiła się na podłodze. Przyszła wreszcie jakaś sanitariuszka z butelką lekarstwa, zaczęła na nią krzyczeć po polsku, że znów wyprawia histerię, że w ten sposób chce się wymigać od wyjazdu do Reichu na roboty. Nie wiem, ile było w tym prawdy, ale ktoś nam szepnął na ucho, że prawdopodobnie zjadła większą porcję soli.
      Następnego dnia opustoszała duża sala. Wszystkie dziewczęta wywieziono na przymusowe roboty do Niemiec, jak się potem dowiedziałam do Duesseldorfu. Pozostały tylko chore i pani Pińska, z którą spędziłam cały następny dzień. Gdy tego wieczoru siedziałyśmy razem z siostrą i panią Pińską przyszedł do nas Żyd-murarz. Zaczął nam opowiadać o przeżyciach swoich i swoich bliskich, o getcie. Podprowadził nas do okna i wskazał nieoświetloną część miasta.
      -Tam – mówił – jest getto łódzkie, tam żona i rodzina.
      Opowiadał rzeczy straszne, o mordach, wielkim głodzie, o braku wody.
      – Żona – mówił dalej – ma jeszcze drogie futro, to jakiś czas pożyje. Mnie nie wolno tam wracać.
      Słuchałam tych słów z zapartym tchem. Pierwszy raz w życiu słyszałam o takich okropnościach. Mówił raczej do pani Pińskiej, bo nie wierzył, że my młodzi to zrozumiemy, ona zaś opowiedziała mu o sobie. Wtedy Żyd powiedział:
      -Nie wiedziałem, że Chojny mają taką kobietę.
      Rozeszliśmy się bardzo późno. Całą noc dręczyły mnie makabryczne sny. Nie mogłam pomieścić w głowie tych strasznych rzeczy czynionych przez ludzi ludziom żyjącym pod jednym słońcem, o których mówiło się jedynie szeptem.
      Na drugi dzień, w godzinach popołudniowych wprowadzono na salę 2 głośno szlochające dziewczyny 17-letnie w czarnych szkolnych fartuchach. Podeszłyśmy do nich z panią Pińską, aby je pocieszyć. Gdy się wypłakały, opowiedziały, że przyłapano je, jak przemycały żywność do getta. Rodzice nic o ich losie nie wiedzieli. Po kilku dniach zabrano je i nie wiadomo, co się dalej stało. Może dzieliły los więźniarek Brzezinki czy Oświęcimia?
      Wieczory należały do nas. Poczciwy Żyd opowiadał, co słyszał w pracy i ciągle biadolił nad swoim losem. Któregoś wieczoru towarzystwo powiększyło się o dwóch czarnych, przystojnych Żydów, ojca i syna. Pracowali w lagrze jako krawcy. Z naszym Żydem znali się dobrze, a wyglądało na to, że znają się  z panią Pińską. Starszy wyciągnął niemiecką gazetę i tłumaczył najnowsze wiadomości z frontu. Wtedy dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadli na Rosję 21 czerwca i całą siłą parli naprzód. Wierzyliśmy, że się ta wojna dla Niemiec nie skończy pomyślnie.
      Był upalny dzień 4 lipca. Przed południem przyszedł goniec i powiedział, że te a te rodziny mają wstawić się w biurze. Wymienił także i nas. Nareszcie coś zaczyna się dziać! W biurze powiedziano nam, że jutro wyjeżdżamy do Niemiec na roboty. Dano także nowe dokumenty (Ausweis), trochę chleba i paczkę miodu na drogę.
      Ostatni wieczór spędziliśmy z panią Marią, którą bardzo polubiłam i na myśl, że muszę się z nią rozstać, było mi bardzo smutno. Przyrzekłyśmy sobie, że będziemy do siebie pisać. Ona była ciekawa, dokąd nas zawiozą, a ja – co się z nią stanie.
      Przyszedł dzień 5 lipca. Zabraliśmy swoje tobołki na plecy, pożegnaliśmy przyjaciół. Pani Maria podała mi swój adres: Łódź, ul. Sperberweg 15 – i udaliśmy się na dalszą tułaczkę. Prowadzili nas policjant i cywil. Z Łąkowej dotarliśmy do ulicy Piotrkowskiej, gdzie spotkaliśmy się z grupą wysiedleńców z poznańskiego, którzy przebywali dłuższy czas w lagrze Konstantynów.

      2.5. Wyjazd do Niemiec na przymusowe roboty 

      Szliśmy pod silną eskortą. Przechodnie na ulicy bacznie nas obserwowali. Pewnie wiele już razy widzieli taki widok, ale patrzyli ze współczuciem. Ludzie z Konstantynowa, którzy dołączyli na Piotrkowskiej, wyglądali gorzej niż. my. Mieli trudniejsze warunki mieszkaniowe, fatalne jedzenie i potworną wodę do picia. Znajdowała się wśród nich kobieta w średnim wieku, chuda, z głębokimi oczodołami, pchająca przed sobą wózek dziecięcy, przy niej szedł mąż, Kobieta miała wzrok utkwiony w wózek, w którym… nie było nic. Oboje dzieci umarło w lagrze.
      Doszliśmy wreszcie do dworca. Na szczęście wsiedliśmy do wagonów osobowych. Cały transport jechał do Reichu.
      Pierwszy przystanek mieliśmy nocą w Poznaniu. Zaprowadzono nas do baraku przypominającego poczekalnię. Jakiś młody kulejący chłopak zapytał, dokąd jedziemy i skąd jesteśmy. Pamiętam, że ów młody człowiek wyciągnął z buta 2 książki i podał mi je mówiąc: Poczytaj sobie w podróży.
      Były to 2 tomy powieści „Przybrana córka”. W pierwszej chwili zaskoczona, nie chciałam ich wziąć, ale kiedy powiedział, że od polskiego żołnierza dostał je na pamiątkę, przyjęłam.
      Po kilku minutach znów byliśmy stłoczeni w ciemnych wagonach. Znużeni, zasypialiśmy na stojąco. Kiedy przejeżdżaliśmy granicę polsko-niemiecką świtało. Żegnaliśmy naszą ziemię polską przy blasku słońca. Dojeżdżając do Zbąszynia pociąg prawie godzinę stał przed stacją. Przy torach spostrzegliśmy pracujących robotników. Wśród nich poznałam Mariana Fenglera z naszego Bukówca. Gdy nas zobaczył, podszedł pod okno wagonu.
      I on nie spodziewał się, że tutaj, tak daleko od domu, spotka znajomych. Powiedział, że na naszym gospodarstwie jest Niemiec – Baltendeutscher i że na wszystkich pozostałych obsadzeni są Niemcy z Rosji. Pytał, czy jesteśmy głodni. Wprawdzie mieliśmy niewiele chleba i nikt nie wiedział, jak długo potrwa jazda, ale krępowało nas mówienie o tym. On jednak pobiegł do kolegów i przyniósł zawinięty chleb, swoje dzienne wyżywienie. Z trudem przyjęliśmy podarek, ale widać było, że bardzo chce nam pomóc. Był to pierwszy żebraczy chleb. Ojciec rozdzielił go na 4 kawałki i rozdał między nas. Jedząc, połykał łzy. Potem powiedział:
      – Całe moje życie pracowałem, aby wam chleba nie zabrakło, a dzisiaj zdany jestem na łaskę i nie mam wam co podać. Myślałem, że ludzie po ostatniej wojnie będą mądrzejsi, że nie rozpętają drugiej, a tymczasem ta jest jeszcze bardziej nieubłagana i niszczycielska.
      Wjechawszy na teren niemiecki poczuliśmy się nieswojo. Pierwszy raz poza granicą kraju. Początkowo przejeżdżaliśmy przez piaszczyste ziemie i sosnowe bory. Coraz rzadziej spotykaliśmy dachy kryte słomą. Czym dalej – lepsze ziemie i ładniejsze zabudowania. Wszędzie ład i porządek.
      Nocą dojechaliśmy do miasta Halle w Saksonii. Przeprowadzono cały transport do dworcowej salki. Wszyscy pytali naszego przewodnika o chleb. Powiedział, że rano dostaniemy śniadanie. Nie wiem, która była godzina, gdy zbudził nas ryk syren. Był tak przeraźliwy, że kobiety zaczęły popłakiwać. Ktoś wpadł do pomieszczenia i krzyknął, że natychmiast mamy uciekać do schronów. Pobiegł przodem, za nim w głąb, pod ziemię, reszta. Po pół godzinie znów syrena wyciągnęła nas ze schronów. Na niebie ujrzeliśmy odlatujące samoloty bombowe. Był to znak, że nocą nad Niemcami panują Amerykanie, że wtedy niebo nie należy do Niemców.   
      
       Wróciwszy do poczekalni spaliśmy do rana. Śniadanie było dość obfite: chleb obłożony salcesonem i słodka kawa. Posiliwszy się wyszłyśmy z siostrą przed próg i wtedy zauważyłyśmy, że jesteśmy za drutami. W oddali widać było miasto. W niedzielę przechodzili obok zasieków ludzie i gapili się na nas.

Pewnego razu do drutów podeszła panienka w białej sukience, uśmiechnęła się i powiedziała: Dzień dobry. Potem zauważyłyśmy, że na prawym boku sukienki miała fioletowy znak z literą „P”. Pracowała w tym mieście jako służąca, była z Krakowa i nazywała się Maria Kubies. Opowiedziała nam nieco o życiu Polaków w Niemczech. Spotkanie było bardzo przyjemne.

Rozmowę musieliśmy jednak przerwać, gdyż nasz przewodnik, który z pękiem kluczy zbliżał się wraz z innymi Niemcami krzyknął, abyśmy wszyscy wyszli na plac. Wspólnie z rodzinami stanęliśmy w szeregu. Potem stało przed nami dwóch grubasów, bez przerwy mamroczących po niemiecku. Wyglądało na to, że kłócą się ze sobą. Zrozumieliśmy wnet, że to handel żywym towarem. Ci panowie reprezentowali biura Arbeitsamtu. Podchodzili do każdego, przypatrywali się, liczyli osoby w rodzinie. Jeden wybierał ludzi na prawą stronę, a drugi na lewą. Ten z handlarzy, któremu trochę lepiej patrzyło z oczu, podszedł do ojca i zapytał, ilu nas w rodzinie. Ojciec odpowiedział, że czworo. Na to on:

– Pojedziecie ze mną, idźcie na lewą stronę.

Kiedy już wszystkich porozdzielano, poszliśmy po nasze pakunki. Pociąg z naszą grupą odjeżdżał zaraz. Druga grupa miała trochę poczekać. 

Kiedy już zajęliśmy miejsca w przedziałach, wszedł nasz „Arbeitsamt”. Zapytaliśmy go, gdzie jedziemy. Odpowiedział, że do Naumburga, a potem dalej. Gdy zapytaliśmy, czy jest tam ładnie, potakująco kiwnął głową. Teren rzeczywiście był coraz piękniejszy, poczuliśmy się śmielej. Podróż trwała krótko i oto sam Naumburg. Każdy wziął swoje bagaże i poprowadzono nas miastem. Szliśmy wolno, jak kondukt pogrzebowy. I tutaj zwracaliśmy uwagę przechodniów. Widziałam nawet jak dwie stare Niemki na nas widok płakały. Ze względu na to, że nie mieliśmy na rękach „P”, uważano nas za uchodźców niemieckich z Rosji.

Naumburg bardzo nam się podobał. Ulice czyste, pełne zieleni i kwiatów. Przed willami piękne ogrody. Nie było widać żadnego śladu wojny. Prowadzono nas przez całe miasto do niewielkiego budynku, w którym mieściła się łaźnia. Tam znów dezynfekcja, kąpiel, odwszawianie. Po tych zabiegach skierowano nas do jakieś ciasnej budki na nocleg. Wszyscy byli głodni, ostatni posiłek jedliśmy rano. Dano nam w końcu coś do zjedzenia, tyle co nic i położyliśmy się spać .Nasz „Arbeitsamt” pocieszał, że jutro będziemy na miejscu, wtedy wypoczniemy i najemy się do syta.

Rano ruszyliśmy dalej. Ostatni etap trasy Naumburg – Heldrungen. W poszczególnych miejscowościach na dworcach czekali już gospodarze na odbiór swych niewolników. Pociąg zatrzymał się. Mały „Arbeitsamt” wymienił spiesznie kilka nazwisk, także i nasze. Pożegnaliśmy się z tymi, co jechali dalej i wysiedliśmy na stacji maleńkiego miasteczka Bad Bibra. Tutaj urzędnik Arbeitsamtu przydzielał poszczególne rodziny czekającym na nas Niemcom. Po jednych przyjechało autami ciężarowymi, po innych taksówkami, po nas furmanką. Jakiś Niemiec i jednej nodze z garbem na plecach poprowadził nas i powiedział, że pojedziemy jeszcze 12 kilometrów. Woźnica był Polakiem. Na nasz widok powiedział:

– Dzień dobry, zawiozę was do swojej Bauerki.

         Wóz, którym jechaliśmy, inny był od naszych polskich. Na przodzie sterczało siedzenie tzw. Schutzkole, przy nim umocowana była rączka hamulca. Konie wypasione i świecące prezentowały się wspaniale. Woźnica wołał na nie Karol i Franc. 

 W czasie drogi Staś Wojciechowski, bo tak nazywał się woźnica, opowiadał o swojej Bauerce niemiłe historie. Mówił, że jest u niej 3 miesiące i chyba pójdziemy na jego miejsce, bo on idzie do innego Bauera. Po drodze mijaliśmy piękny krajobraz, góry porośnięte bukowymi lasami i 3 wiadukty łączące szczyty gór. Po prawej i lewej stronie rozciągały się łany pszeniczne i pola buraków cukrowych. Widać, że ziemia tutaj urodzajna.

Taki obraz towarzyszy nam do samej wsi Sanbach. Tutaj przed restauracją garbaty Heer Grumpe kazał zatrzymać konie i poprowadził nas na piwo. Nic tego dnia jeszcze nie jedliśmy, pić nam się chciało, bo upał był niesamowity. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Następną wioską, przez którą przejeżdżaliśmy, była Bucha. Staś  Wojciechowski powiedział, że dużo jest tutaj Polaków i robią najlepszy w okolicy bimber. Od celu dzieliły nas 4 kilometry. Jechaliśmy czereśniową aleją, na drzewach pełno było owoców. Chętnie bym je zerwała, ale stary Niemiec jakby to wyczuł, bo powiedział:

– To strzeżone – kara.

Dojechaliśmy na szczyt wzgórza i nagle Stach zawołał:

– Patrzajcie, idzie moja stara.

Patrzyliśmy na kobietę, która szła naprzeciw nam. Ale oto i wieś. Domy kryte czerwoną dachówką, w środku jeden wyższy, z komiczną wieżyczką. Tuż u podnóża wioski rzeka Unstrut, wpadająca do Saale. Wieś nazywa się Memleben.

2.6 Memleben

Bauerka zbliżała się do nas. Głowę miała obwiązaną ciemną chustą, suknię roboczą, długą i taki ciemny w paski fartuch na szelkach. Twarz jej spieczona od słońca, poorana bruzdami, ponura jak noc, była odpychająca. Staś zatrzymał konie. Frau Meta Dahne, bo tak się nazywała, nie powiedziała nawet Guten Tag, spojrzała na wszystkich, nie podała nawet ręki. Byliśmy chyba dla niej Untermenschen. Podeszła do tyłu wozu, usiadła spuściwszy nogi. Ruszyliśmy dalej. Gdy jeden z koni potknął się i wóz nieco szarpnął, zawołała takim tonem, że wszyscy zdrętwieliśmy:

-J ak jedziesz, durniu!

Wjechaliśmy do Memleben. Z lewej strony mały cmentarz otoczony murem, potem ogrody i pierwsze zabudowania. Domy jednopiętrowe i parterowe, wzdłuż ulicy. Przypominało to raczej miasteczko niż wieś. Przed domami stały grupy ludzi, a i w oknach nie brak było ciekawskich. Na narożniku mieliśmy kowalską kuźnię i tutaj koniec skręciły w prawo na szeroką asfaltową szosę. Następnego gospodarstwo za kowalem było własnością Frau Dahne

2.7 U Frau Dahne

Dom mieszkalny stał przy ulicy. Zbudowany był z gliny, kryty czerwoną dachówką. Z Frontu miał z 10 małych okien powykrzywianych od starości. Cały owapniony na biało. Wojciechowski zeskoczył z wozu i otworzył bramę, po czym wjechaliśmy na podwórze, ze wszystkich 4 stron zabudowane: izbą, chlewem, stodołą,  świniarnią i szopą. Na samym środku olbrzymi gnojownik. Nie opodal pompa do wody. Wszędzie nieład i nieporządek, porąbane drzewo walało się po całym podwórzu. Wjeżdżając przepłoszyliśmy sporą ilość kur i kurcząt, a przywiązane łańcuchami 2 psy głośno się rozszczekały.

Gospodyni pierwsza zsiadła z wozu, rozkazała wyprząc konie, a nam iść za sobą. Niemiec Grumpe miał polecenie od Amtsvorstehera przywieźć nas do pani Dahne i tutaj mieliśmy się rozdzielić na poszczególne gospodarstwa. Ja i mój ojciec mieliśmy być w służbie u pani Dahne, brat Ludwik miał pójść do pani Goldacher za parobka, a mała Pola paść kury u Kothenhana. Pocieszało nas tylko, że będziemy wszyscy w jednej wiosce i będziemy mogli się spotykać.

Było to 8 lipca. Ludwik i Pola zabrali bagaże i poszli za panem Grumpe, a ja z ojcem, za naszą Baruerką, do przydzielonej izby. Pokój znajdował się na piętrze, w sam raz dla nas. 2 okna wychodziły na ulicę, ściany wylepione niebieską tapetą, żelazny piec, szafa bez drzwi, stół, 2 krzesła, 2 czysto zesłane łóżka z pierzynami i poduszkami, biała bielizna pościelowa. Nad łóżkami wisiały wielkie portrety. Na jednym Kaiser Wilhelm, na drugim jego żona. Brak na ścianach świętych obrazków wskazywał, że nie była to rodzina katolicka.

Bauerka kazała nam zostawić swoje rzeczy i zaprosiła na podwieczorek. Przy stole siedział już Wojciechowski, stało przygotowane jedzenie, a więc: bochen chleba, miska pełna smalcu, druga miska z cukrem, filiżanki. Zrazu nikt nie spieszył się do jedzenia. Jeszcze nigdy nie próbowaliśmy obcego chleba. Szefowa nalegała. Wzięliśmy w końcu ten chleb i cienko posmarowaliśmy smalcem. Staś widząc to powiedział:

– Smarujta ojciec grubo, tak jak my. Tu jedzenia jest dosyć.

W czasie podwieczorku nawiązała się rozmowa. Rozpoczął ja Staś, który przedstawił nas Frau Dahne jako rodzinę bauerską. Wtedy zapytała nas, skąd jesteśmy i jak się tutaj dostaliśmy. Ojciec w kilku zdaniach powiedział jej całą prawdę. Przyjęła to z niedowierzaniem, nie mogąc pojąć, że Niemcy tak za nic nas wyrzucili. Chyba się trochę rozczuliła naszą dolą i wtedy opowiedziała o tragedii swojego życia: jest wdową i sama została na gospodarce. Jeden jej syn jest na wojnie w marynarce, na froncie francuskim, a drugi w Rosji. Biadoliła nad swoim losem, powtarzając co chwilę, kiedy się ta wojna skończy.

Po posiłku gospodyni przyniosła nam elektryczne żelazko, abyśmy odprasowali sobie rzeczy pogniecione w podróży. Muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu wzięłam takie żelazko do ręki. Oczywiście pani Dahne najpierw nauczyła nas posługiwania się nim. Wyczułam, że humor jej z każdą chwilą się poprawiał.

Pod wieczór oprowadziła nas po swoim gospodarstwie, pokazała inwentarz, zabudowania i całe obejścia. Prawdopodobnie poszła potem do sąsiadów pochwalić się, jakich dobrych dostała robotników. Gdy zakończyłam prasowanie przystąpiłam do robienia porządku. Na stole zastałam istną rupieciarnię. W trzech miskach talerze moczyły się chyba od paru dni. Schody, które prowadziły z kuchni letniej, strasznie cuchnęły. Na posadzce z białych i czerwonych flizów pełno było porozstawianych brudnych garnków. W szafie po kątach leżały kawałki starej, spleśniałej słoniny i wędlin. Miałam więc ręce pełne roboty. Chciałam posprzątać jak najlepiej, żeby zrobić na szefowej już od początku dobre wrażenie.

Pozmywałam wszystkie naczynia, uporządkowałam szafę. Gdy zaczęłam szorowanie podłogi, ktoś zapukał do drzwi. Nic nie odpowiedziałam, bo przecież nikogo nie znałam. Drzwi otworzyły się i ukazał się w nich mężczyzna lat 35, w okularach, ubrany gustownie, w zielonym  żakieciku z ciemnozielonym rewersem. Zobaczywszy mnie trochę się zmieszał, ale grzecznie z uśmiechem powiedział:

-Guten Tag.

Niezbyt poprawnie po niemiecku odpowiedziałam mu. Zapytał, skąd jesteśmy i jak nam się tutaj podoba. Nie zważając na to, że może to być jakiś krewniak pani Dahne, powiedziałam:

-Bei uns schon in Polen, aber Deutschland Dreck, Schweinerei.

Pokazałam mu ręką bałagan. Co sobie pomyślał, to myślał, ale powiedziałam prawdę. Popatrzył i powiedział, że tylko u pani Dahne jest taki nieporządek. u nich jest inaczej. Po chwili odszedł. Pewnie przyszedł po to, aby zobaczyć Polaków – bandytów.

Gdy szefowa wróciła, było już posprzątane. uśmiechnęła się do mnie chyba po raz pierwszy i dała 2 marki, żebym sobie kupiła czereśni. Pierwsza noc na nowym miejscu była jak wymarzona. Miękka puszysta pościel, byliśmy syci i zadowoleni, jakże innaczej niż w lagrze.

Szefowa obudziła nas o 6.00. Zeszliśmy na śniadanie: chleb z syropem z buraków cukrowych i kawa. Po śniadaniu zniosłam kanę z mlekiem na plac, ojciec poszedł do koni, odpasł je i oczyścił. Potem na żądanie szefowej zaprzągł do wozu i pojechał po zielonkę.

Krów tutaj nie wypędzano na pole. Tyle miały na miejscu zielonego, że prawie zawsze stały w oborze. Muszę stwierdzić, że porządek w oborze był trochę lepszy niż w izbie. Nie zauważyłam tam wcale obornika. Okazało się, że 3 razy dziennie sprzątano całą oborę. Także krowy codziennie były czyszczone. 

W stodole stała maszyna do młócenia jednocześnie z czyszczarką i prasą. Można było nią młócić w trójkę. Plewy odprowadzane rurą na strych. Największe jednak wygody były ze światłem elektrycznym.

Gospodarstwo miało 8 ha ziemi razem z łąkami w 16 kawałkach, z których największy miał 1 ha, a najmniejszy 0,16 ha. Na polu nie było widać miedz. Po prostu gospodarze doszli do wniosku, że są one siedliskiem myszy i perzu, dlatego pole zaorywali zawsze całe. Co kraj, to obyczaj.

Po zielone ojciec jechał wraz z szefową. Pokazywała mu swoją posiadłość rozłożoną wzdłuż drogi. W pewnym momencie gospodyni wzięła z wozu drabinę, założyła ją sobie na ramię, mnie dała koszyk i poszłyśmy daleką drogą przez ciemny las, na pole, gdzie stały 2 rzędy czereśni. Szefowa kazała je zrywać tak długo, aż po mnie przyjdzie.(…)

Marianna Dudek – Maćkowiak

Bukówiec Górny, 1976 r.

Książka „Bukówiec moja mała ojczyzna” została wydana w roku 1997. Wcześniej wspomnienia te, pod oryginalnym tytułem „Wygnane ptaki wracają do gniazd” ukazywały się w odcinkach w poczytnej, ogólnopolskiej gazecie „Gromad Rolnik Polski”. Wtedy losy rodziny Dudków czytała cała Polska. Nakład gazety wzrósł kilkukrotnie..

 

  

PROZA - DUDY GRZESIA

Dudy Grzesia

Opowiadanie to stare, z końca XIX wieku, można się z niego uśmiać albo głęboko podumać. Tamten świat a dzisiejszy, jakże inny – odmienny i dziwny.

W owych czasach w naszej wsi żył sobie chałupnik Grzegorz, co pięknie potrafił grać na dudach. Nazywano go Grzesiem Dudą, chociaż nazwisko miał inne. Grześ był małego wzrostu, miał żonę i dzieci oraz własny mały domek, który sam z gliny ulepił.

Grzesia znano w całej okolicy, toteż żadne wesele nie odbyło się bez Grzesiowego grania. Grywał na wiejskich muzykach, no i w gościńcu zarabiając parę groszy. Żona jego, Jagusia, chodziła do roboty do miejscowego proboszcza. Proboszcz oprócz swojej posługi kapłańskiej zajmował się prowadzeniem 300-morgowego gospodarstwa rolnego. Miał kilku parobków i służące oraz robotnice rolne, do których należała Jagusia, żona Grzesia. Pracowała Jagusia u proboszcza ciężko, za te liche „trojoki”, bo bieda w domu była, pola żadnego nie mieli, a kupka dzieci do wyżywienia. Już od 7-go roku życia musiały iść w służbę, do bogatych gospodarzy.

Grześ, wówczas jeszcze w pełni sił, robił ludziom miotły z brzeziny do zamiatania izby, no i graniem na dudach zarabiał, na chleb dla dzieci, no trochę na gorzałkę też musiało starczyć.  Grając dość często w gościńcu, też różnie przeżywał swoją karierę zawodową. Było i tak, że pewnego razu podchmielony parobek, zamiast rzucić pieniądz do Roga dudów, nożem przeciął mu skórzany miech od dudów. Rozgniewało to tak Grzesia, że szybko zeskoczył z „grocznika” na podłogę, wyciągnął drewnianą nogę od zydla, wskoczył na ławkę, żeby być większym, a wtedy jak nie lujnie zadziornemu parobkowi przez łebkę, to ten od razu zrozumiał, że z małym Grzesiem zacząć, to znaczy przegrać. I już od tego czasu nikt z niego nie drwił, bo chociaż był mały, to jednak nadrabiał to swoją zręcznością, sprytem i szybką orientacją.

To, że Grześ grywał po weselach, to proboszcza nie raziło, ale jak grywał w gościńcu i tam tańczyły dziewuchy z chłopami, tego nie mógł znieść i przetrawić. Zdarzyło się, że proboszcz wpadł z laską do gościńca i wypędził wszystkich, co się bawili, tańczyli przy muzyce Grzesia, a potem zadawał ciężką pokutę przy spowiedzi dziewuchom, co tam tańczyły. Pomimo tego, te tak zwane muzyki w gościńcu się powtarzały, a gościny rad był z tego, bo i interes z jednej strony, a z drugiej, to wesoło było przy takiej potańcówce spędzić niedzielny wieczór.

Przebrała się jednak miarka proboszczowi i pewnego dnia zawołał od roboty żonę Grzesia, Jagusię, do siebie na plebanię. Jagusia w stroju roboczym, zarumieniona, nie wiedząc, po co ją proboszcz wzywa, bo przecież nic złego nie zrobiła, zapukała nieśmiało do drzwi i stanęła przed swoim pracodawcą. Proboszcz spojrzał na Jagusię z wysoka i podniesionym głosem powiedział:

– Jagusia, idź zaraz do domu i przynieść mi na plebanie dudy Grzesia, bo grzechowisko mi robi na wsi tym swoim graniem w gościńcu. Tak nie może być dalej, raz się z tymi muzykami musi skończyć. Idź i zaraz przynieść mi te Grzesia dudy.

Jagusia skruszona pocałowała proboszcza w rękę jak trza, oczy spuściła pokornie ku ziemi i posłusznie chwiejnym już krokiem idzie do domu po dudy. Idzie coraz wolniej, strach jej serce omotał, mówi sama do siebie:

– Przecież Grześ tych dudów, za żadne skarby by mi nie doł, a jak bym mu sama wzióła, to by mnie pewno zabiół albo z domu wygnoł i zabiół. Dudy to przecież jego życie, skarb największy i chleb dla dzieci.

Jagusi w głowie kotłuje się od różnych myśli, a idąc nogi jej się w kolanach gną. Próbuje wymyślić, jak wyjść z tych tarapatów, i przechodząc koło zagrody poważnego gospodarza, Mocka, Postanawia wstąpić do niego po poradę: czy zanieść te dudy, czy nie zanieść. Jak postanowiła, tak też zrobiła. Na pół z płaczem opowiedziała całą historyjkę gospodarzowi, tak jak było dokładnie. A Mocek, uczciwy, dobry człowiek, wysłuchawszy wszystko uśmiechnął się do Jagusi, żeby nie płakała, a potem poważnie do niej mówi:

– Jagusia! Nie zanoś mu dudów, a do roboty przyjdź do mnie, nie idź na probostwo, dom ci więcej jak on daje, od jutra przyjdź do mnie do roboty, Jagusia! Grzesia dudy to przecież nasza radość i wesele we wsi, a kto bydzie groł nom na weselach i muzykach? Radze ci dobrze, nie zanoś na probostwo dudów, a do roboty przyjdź do mnie.

Jagusia posłuchała gospodarza Mocka i dudów  proboszczowi nie zaniosła, a na drugi dzień poszła do roboty już do nowego pracodawcy.

Po tygodniu proboszcz przysłał służącą po Jagusię, że ma przyjść zaraz do niego, do roboty, a dudów Grzesia nie musi już przynosić. Ale Jagusia już do proboszcza do roboty nie poszła, pracowała u Mocka przez wiele lat, a Grześ na swoich dudach grał dalej, zaś sztuka muzykowania na dudach przeszła na jego syna. A tę przygodę z dudami Jagusia opowiedziała swoim dzieciom, a dzieci jak wyrosły, opowiadały znów swoim dzieciom. I tak owe opowiadanie, przetrwało do dnia dzisiejszego i doczekało się, że wnuczka Grzesia i Jagusi upamiętniła to na tym papierze, ażeby potomni wiedzieli, jak to się pierwy na wsi żyło ludziom, którzy byli twórcami i kontynuatorami pięknej kultury ludowej.

Muzyka dudziarska dziadka Grzesia przetrwała do dziś. W jego rodzinnej wsi są obecnie dwa Zespoły Folklorystyczne: Szkolny Zespół Regionalny, i Zespół Regionalny przy Kole Gospodyń Wiejskich, które tańczą przy dudach. Przy miejscowej Szkole Podstawowej jest Szkółka Młodych Dudziarzy, którzy już na różnych konkursach i festiwalach zbierają liczne oklaski i wysokie nagrody. Zaś obecny ksiądz proboszcz Jan Górny jest wielkim wielbicielem folkloru i miłośnikiem ludowej muzyki, toteż młodzi chłopcy grający w Kapeli Dudziarskiej prowadzą nowożeńców i każdy orszak weselny z kościoła do Wiejskiego Domu Kultury na SZCZĘŚCIE. Poza tym co roku w końcu października w tymże Domu Kultury odbywa się Konkurs Kapel Dudziarskich.

Mając takie podłoże kulturalne i zachowane tradycje kulturowe w tej wsi od wieków polskiej, dziadek Grzegorz powinien się tam w niebie cieszyć, że jego gra ma wspaniałych następców i do dziś jest wiecznie żywa i lubiana oraz sercem polskim kochana.

Marianna Maćkowiak

PROZA - DZIADEK FLORIAN I JEGO DUDY

Dziadek Florian i jego dudy

Wielką i niepowetowaną stratę poniósł Zespół Regionalny w Bukowcu Górnym wówczas, gdy zmarł członek kapeli, senior dudziarz Florian Ratajczak.

Florian Ratajczak urodził się 4 maja 1890 r. w Charbielinie. De szkoły chodził 2 kilometry do sąsiedniej wsi Dłużyny. W szkole uczono dzieci po niemiecku, ale w domu matka uczyła swoje dzieci mówić po polsku i wychowywała je w duchu patriotycznym, a do snu nuciła im ludowe śpiewki… 

Już od wczesnej młodości Florian Ratajczak okazywał zamiłowanie do muzyki. Za pierwsze, zarobione przy kopaniu torfu, pieniądze kupił sobie klarnet. Gry na klarnecie nauczył się sam. Mając 17 lat kupił nowy instrument ludowy – dudy. W krótkim czasie został ich mistrzem i razem ze swoim bratem Piotrem utworzyli dobraną kapelę. Brat Piotr był bowiem z zamiłowania dobrym skrzypkiem. Grywali po weselach i zabawach. Znani byli w całej okolicy. Ciężkie warunki rodzinne sprawiły, że Florian jako najstarszy syn musiał wyjechać do Westfalii na ciężkie roboty w kopalni węgla. Nie oszczędziła go też pierwsza wojna światowa, dzielił los wielu Polaków, których przymusowo wciągnięto do armii pruskiej. Przeżył poniewierkę i cierpienia walk frontowych, i po czterech latach powrócił szczęśliwie do rodzinnej wioski.

W 1919 roku kiedy Polacy wzniecili Powstanie Wielkopolskie Florian Ratajczak wstąpił do szeregów powstańczych walcząc na terenie Dłużyny, Włoszakowici Brenna. Zrobił to z miłości do ojczyzny, o której opowiadała mu matka gdy był jeszcze dzieckiem. Trud powstańczy nie poszedł na marne. Florian Ratajczak doczekał wolnej Polski i cieszył się z tego.

Następnie ożenił się w niedalekim Bukówcu Górnym, z rodowitą bukówczanką Marianną Burą. Mając dwuhektarowe gospodarstwo, dorabiał na życie grą na dudach i bandonii. Wybudował nowy dom mieszkalny, coraz bardziej poświęcał się sztuce muzykowania.

W czasie drugiej wojny światowej Florian Ratajczak przymusowo pracował u niemieckich bauerów, często zaciskając pięści, traktowany jako niewolnik i podczłowiek. Pod koniec wojny wywieziony został aż pod Sieradz na tak zwany Einsatz, do konania okopów.

Nie załamał się, wierzył zawsze, że Niemcy tą wojnę muszą przeprać. I ta wiara pozwoliła mu szczęśliwie wrócić do domu, do Bukówca.

Po skończonej wojnie zaczął na swoim kawałku ziemi gospodarować od nowa. Kochał pracę na roli, a równocześnie pielęgnował swoje hobby, jaką była muzyka na dudach. We wsi nazywano co też Florianem Dudą.

Oboje z bratem Piotrem, który mieszkał w Szczepankowie, tworzyli przez wiele lat zgraną kapelę dudziarzy działającą przy Zespole Regionalnym we Włoszakowicach, zyskując sobie sławę i uznanie w szerokim kręgu naszego społeczeństwa. Kilka razy bywali ze swoimi instrumentami w Warszawie, Olsztynie, Lublinie, Poznaniu i wielu innych miastach. Przygrywali też powstałemu w 1954 roku Zespołowi Regionalnemu z Bukówca G. – na eliminacjach powiatowych w Lesznie i na eliminacjach wojewódzkich w Poznaniu.

Od roku 1963 kiedy Koło Gospodyń Wiejskich zainspirowało do stałego działania Zespół Regionalny, Senior Florian wraz ze swoim bratem na stałe złączyli się z tym zespołem i przygrywali na wszystkich jego występach.

Senior Florian Ratajczak był najstarszym dudziarzem Ziemi Wielkopolskiej. Po raz ostatni wystąpił z Zespołem Regionalnym w dniu 29 stycznia 1977 r. na uroczystości otwarcia Domu Kultury w Bukowcu G. To był ostatni muzyczny akord jego szlachetnej duszy. Po krótkiej chorobie, mając lat 89, odszedł od nas na zawsze dnia 15 marca 1977 r. Na miejsce wiecznego spoczynku odprowadzili go ci wszyscy, dla których grał i żył. 

Nie będziesz już nam grywał dziadku Florianie, ale twoja muzyka z nami pozostanie.

Obecnie już odbywają się w Domu Kultury lekcje gry na instrumentach ludowych. Uczą się młodzi gry na dudach i przewiązanych skrzypcach. Muzyka Dziadka Floriana wszczepiła w młode serca doceniane dziś piękno muzyki ludowej.

Bo już młodzi poszli w twoje ślady – i grają na dudach, jak grali pradziady.

Marianna Maćkowiak

O dziadku Florianie – ballada

Żył sobie dziadek żył, żył tu między nami,
Niczym nie różnił się między dziadkami,
Ale coś w sobie miał, co inni nie mieli,
Pięknie na dudach grał nam w kapeli.

Gdydziadek Florian na swych dudach grał,
Każdy z ochotą do tańca się brał,
Stary i młody. 

Przejechał dziadek już, tę Polskę wszerz i wzdłuż,
Rozsławił folklor nasz nie jeden raz,
I do ostatnich sił, muzyce wierny był,
Zespołom naszym grał, każdy go znał.

Gdy dziadek Florian na swych dudach grał,
Każdy z ochotę do tańca się brał,
Stary i młody.

W mogile dziadek śpi, w tej ukochanej wsi,
Gdzie przeżył tyle lat i grywał rad,
Teraz w majowe dni, kwitną mu białe bzy,
A na gałązce ptak, nuci mu tak:

Gdy dziadek Florian na swych dudach grał,
 Każdy z ochotą do tańca się brał,
Stary i młody.

Oj nie martw dziadku się, dudy nie skończą gry,
Bo młodzi grają też, z sukcesem już,
A dla twej pamięci, Konkurs dziś w naszej wsi,
Dudziarze zjeżdżają i tobie grają:

Gdy dziadek Florian na swych dudach grał,
Każdy z ochotą do tańca się brał,
Stary i młody!

Marianna Maćkowiak